Mam serce, które w swej wrażliwości odpływa między chmury, marzy, błądzi po wyimaginowanych, idealnych światach. Przechwyca uczucia innych, zanurza się w historiach...
Pamiętam z dzieciństwa, jak każdy obejrzany film, każda przeczytana książka wciągały w swój świat, tak, że zupełnie przestawałam istnieć tu i teraz... przechodziłam na drugą stronę lustra, za drzwiami szafy były światy, w których żyłam. Łatwość, z jaką to się działo jest dla mnie wciąż zaskakująca. Świat wyobrażeń mieszał się z rzeczywistością do tego stopnia, że napotkanym w świecie ludziom przydzielałam role z właśnie przeczytanych książek, a zdarzenia interpretowałam w kontekście właśnie obejrzanych filmów.
To sprawiło, że w pewnym momencie właściwie przestałam oglądać filmy... zaczęłam bardzo świadomie tylko w określonych chwilach sięgać po książki, by jednak mieć kontakt z rzeczywistością.
Czy to mechanizm obronny? Sposób na przeżywanie wszystkich marzeń i robienie wszelkich eksperymentów których pragnęłam, ale nigdy nie miałam na nie odwagi?
Z resztą w pewnym momencie filmy i książki zastąpiła moja bujna wyobraźnia. Ileż ja sobie dośpiewuję do tego co faktycznie się wydarza!
Próbowałam zaprzeczać memu sercu, irytował mnie mój idealizm, bujanie w obłokach... próbowałam upchnąć gdzieś, zapomnieć, zagadać, zagłuszyć, przykryć bardziej pożytecznymi działaniami....
Tylko to wszystko sprawia, że może owszem żyłam bardziej w rzeczywistości, lecz konflikt we mnie nadal istniał. Zdarza mi się doświadczyć coraz częściej, że mój dzień toczy się a mnie w nim nie ma. Wykonuję różne czynności, mówię, sprzątam, prowadzę lekcje, przemieszczam się po mieście i czuję narastającą absurdalność tych sytuacji, narastającą frustrację nieadekwatność, bezsens... widzę, przeżywam, że to wszystko dzieje się poza mną. Jakbym była aktorką w napisanym przez kogoś filmie, który w dodatku nie zawsze mi się podoba.
Kiedy udaje mi się słuchać serca ta nieadekwatność niknie... robię to samo, ale w środku czuję jakbym przestała pędzić za czymś wciąż, tylko wreszcie była w tym miejscu, w którym faktycznie jestem i dostrzegała w tej chwili wszelkie bogactwo szczegółów.
Coraz bardziej przeczuwam, że nie o to chodziło, by zaprzeczać swemu sercu, bo jest jakie jest, takie mam, ale żeby głowa dorastała do zadania kierowania nim mądrze, żeby móc działać mądrze.
Bo na razie często jest tak, że może i mam sensowne przemyślenia, które płyną z tegoż serca, tyle że kończy się na pisaniu poematów i bujaniu w obłokach. Dziś postrzegam to jako marnowanie darów. Czuję, że za moim sercem chciałabym podejmować działanie. Trochę wdrażania idealizmu w mój świat nikomu nie zaszkodzi. Tylko teraz trzeba dyscypliny, trzeba odwagi, trzeba wychowania serca, trzeba głowy.
Gadać sama ze sobą. Gdy czasem serce podpowiada czego pragnie a potem natychmiast się z tego wycofuje bo ogarnia je paraliżujący strach przed konsekwencjami... To ja, piękne ideały i trzęsące się portki. Mam życie po to, by dorastać do moich ideałów.
Uspokajać własne serducho, że właściwie nic takiego się nie dzieje i działać.Jakoś koić je w bólu i podskakiwać z nim w radości.
Moje serce jak dzieciak w środku. Potrzeba mu mądrego wychowania. Czas się za nie zabrać. Przestać negować, przestać chcieć mieć inne, przestać udawać, że jest inne... pokochać takie jakie jest i wychowywać.
Zupełnie jak z dzieckiem.
niedziela, 19 lutego 2017
ODWAGI
Jest czas rodzenia i jest czas umierania, jest czas siania i zbierania plonów...
Jest też cierpienie nierozerwalnie związane z miłością.
Mam takie serce, które, gdy dać mu mówić czuje, dostrzega detale i niuanse, jakie trudno bez niego zauważyć. O ile głęboka, szczenięca wręcz, radość z przelotnego uśmiechu, gestu, obrazka są mile widziane, o tyle trudno znieść ból spowodowany podobnym drobiazgiem, złym słowem o kimś, spostrzeżeniem.
Jeśli więc mam takie serce, to ono domaga się zgody na cierpienie i przyjęcie przemijania.
Owszem, mogę się nie godzić, tylko wtedy nie będzie chwil uskrzydlenia z powodu wyrazu czyichś oczu, słowa, dotknienia... albo pragnienie zatrzymania ich na zawsze oberżnie te skrzydła.
Akceptacja przemijania zaś może być wyzwoleniem w chwilach doświadczania bólu. Przyszedł? Jest na chwilę. Zaraz odpłynie, tak, jak chmury na niebie, stopnieje jak zimowe lody na wiosnę.
Przez całe moje życie walczę z cierpieniem, staję na głowie, by je wyrzucić, zapomnieć, nie wpuścić. Doświadczanie bólu, który pali jak ogień rodzi lęk, że spłonę, przestanę istnieć. Czasem boli tak, że wydaje się, iż ból mnie zabije.
Tymczasem, czyż nie jest tak, że to lęk przed bólem mnie zabija i odbiera wszelką energię i pragnienie życia?
Jest też cierpienie nierozerwalnie związane z miłością.
Mam takie serce, które, gdy dać mu mówić czuje, dostrzega detale i niuanse, jakie trudno bez niego zauważyć. O ile głęboka, szczenięca wręcz, radość z przelotnego uśmiechu, gestu, obrazka są mile widziane, o tyle trudno znieść ból spowodowany podobnym drobiazgiem, złym słowem o kimś, spostrzeżeniem.
Jeśli więc mam takie serce, to ono domaga się zgody na cierpienie i przyjęcie przemijania.
Owszem, mogę się nie godzić, tylko wtedy nie będzie chwil uskrzydlenia z powodu wyrazu czyichś oczu, słowa, dotknienia... albo pragnienie zatrzymania ich na zawsze oberżnie te skrzydła.
Akceptacja przemijania zaś może być wyzwoleniem w chwilach doświadczania bólu. Przyszedł? Jest na chwilę. Zaraz odpłynie, tak, jak chmury na niebie, stopnieje jak zimowe lody na wiosnę.
Przez całe moje życie walczę z cierpieniem, staję na głowie, by je wyrzucić, zapomnieć, nie wpuścić. Doświadczanie bólu, który pali jak ogień rodzi lęk, że spłonę, przestanę istnieć. Czasem boli tak, że wydaje się, iż ból mnie zabije.
Tymczasem, czyż nie jest tak, że to lęk przed bólem mnie zabija i odbiera wszelką energię i pragnienie życia?
piątek, 17 lutego 2017
Wielki COME BACK?
Wróciła mi potrzeba mówienia, opowiadania o tym, co we mnie.
Może więc wrócę?
Może opowiem znów jakiś kawałek mojej historii?
Przeczytałam trochę postów z 2012 roku i z pewną radością stwierdzam, że są jednak pytania, na które znalazłam odpowiedź. Warto więc je zadawać - taki nasuwa mi się wniosek.
Nie mam pewności, czy pisać będę.
Dziś jednak znów bardzo chciałam, by moje myśli nie trzymały za gardło, nie dusiły, żeby gdzieś zostały wypuszczone. Może właśnie tu?
Zanim siadłam do pisania malowałam... malowałam do upadłego. Potem jeździłam na łyżwach... jeździłam do upadłego.
Nawet, o dziwo, nie mam wielkich wyrzutów sumienia z powodu odłożonych dokumentów, bałaganu na biurku, na stole, nie umytej bardzo zabłoconej podłogi w przedpokoju. Nie, nie czuję się winna. To jakiś nowy spokój, którego dotąd nie znałam. Jedna z odpowiedzi?
Może więc wrócę?
Może opowiem znów jakiś kawałek mojej historii?
Przeczytałam trochę postów z 2012 roku i z pewną radością stwierdzam, że są jednak pytania, na które znalazłam odpowiedź. Warto więc je zadawać - taki nasuwa mi się wniosek.
Nie mam pewności, czy pisać będę.
Dziś jednak znów bardzo chciałam, by moje myśli nie trzymały za gardło, nie dusiły, żeby gdzieś zostały wypuszczone. Może właśnie tu?
Zanim siadłam do pisania malowałam... malowałam do upadłego. Potem jeździłam na łyżwach... jeździłam do upadłego.
Nawet, o dziwo, nie mam wielkich wyrzutów sumienia z powodu odłożonych dokumentów, bałaganu na biurku, na stole, nie umytej bardzo zabłoconej podłogi w przedpokoju. Nie, nie czuję się winna. To jakiś nowy spokój, którego dotąd nie znałam. Jedna z odpowiedzi?
środa, 11 września 2013
Dorosłe dziecko
Wyrosłam. Założyłam Rodzinę. Ba, nawet zdążyłam ją stracić. Wychowuję dzieci. A jednak gdy przychodzi moja Mama z problemami dorosłej kobiety bronię się i chcę być dzieckiem, nadal dzieckiem mojej Mamy, dzieckiem, którym chyba za bardzo nie byłam bo byłam koleżanką... gubię się
i dziś smutno mi jak dziecku małemu, że Rodzice nie są idealni, że brak miłości, że rozłam, że nie wiadomo gdzie zajdą i kiedy
a gdy córka moja zapatrzona w dziewczynę swego Taty mi o niej opowiada przytaczając anegdotki z ich związku, które opowiedział jej On mój smutek się pogłębia i nie wiem już kogo bardziej mi żal... jej małej, co staje się koleżanką Taty czy mnie... mnie teraz, nieustająco nie pogodzonej z odrzuceniem i zdradą czy mnie małej powierniczki mamy
Smutno
może po prostu czuć jak smutno i zbyt wiele nie myśleć?
i dziś smutno mi jak dziecku małemu, że Rodzice nie są idealni, że brak miłości, że rozłam, że nie wiadomo gdzie zajdą i kiedy
a gdy córka moja zapatrzona w dziewczynę swego Taty mi o niej opowiada przytaczając anegdotki z ich związku, które opowiedział jej On mój smutek się pogłębia i nie wiem już kogo bardziej mi żal... jej małej, co staje się koleżanką Taty czy mnie... mnie teraz, nieustająco nie pogodzonej z odrzuceniem i zdradą czy mnie małej powierniczki mamy
Smutno
może po prostu czuć jak smutno i zbyt wiele nie myśleć?
niedziela, 28 kwietnia 2013
Pętla
Wróciła mi muzyka sprzed 10-12 lat. Słucham i znów współbrzmi z duszą.
Odgrzebałam po raz n-ty pamiętnik z podstawówki i liceum. Czytam i znów pytania te same.
Jakie to dziwne. Czy w ogóle się nie zmieniam? Jaki sens ma moje istnienie, jeśli strony pożółkłe już nasiąknięte są strachem, z którym sobie nie radzę a dziś nadal czuję strach? Dokąd idę?
Odgrzebałam po raz n-ty pamiętnik z podstawówki i liceum. Czytam i znów pytania te same.
Jakie to dziwne. Czy w ogóle się nie zmieniam? Jaki sens ma moje istnienie, jeśli strony pożółkłe już nasiąknięte są strachem, z którym sobie nie radzę a dziś nadal czuję strach? Dokąd idę?
sobota, 27 kwietnia 2013
Naprawdę nie dzieje się nic
Zawieszona pomiędzy smutkiem a wzruszeniem
pomiędzy codziennością a potrzebą planowania przyszłości
pomiędzy lękiem a ufnością
Nie wiem trochę jak wszystko w sobie pomieścić
jak nie popadać w skrajności
jak być Człowiekiem
zmagam się z moją nerwicą, neurotycznością, przewrażliwieniem, poczuciem braku skóry,
rozdarta między głodem miłości i pragnieniem obecności a panicznym lękiem przed nimi
taka jakaś nieadekwatna, nieprzystosowana, niedowartościowana
nie-nie wiadomo co jeszcze
Jest ból, którego nie da się przekazać, wypowiedzieć, opisać, nawet się go nie da wyśpiewać, wykrzyczeć ani wypłakać
Trochę go zawrę w słowach, trochę inni go już zawarli w piosenkach, w muzyce co za serce chwyta, troche namaluję a trochę przemilczę
Pali duszę
ale tak naprawdę to nie dzieje i nie stanie się nic
pomiędzy codziennością a potrzebą planowania przyszłości
pomiędzy lękiem a ufnością
Nie wiem trochę jak wszystko w sobie pomieścić
jak nie popadać w skrajności
jak być Człowiekiem
zmagam się z moją nerwicą, neurotycznością, przewrażliwieniem, poczuciem braku skóry,
rozdarta między głodem miłości i pragnieniem obecności a panicznym lękiem przed nimi
taka jakaś nieadekwatna, nieprzystosowana, niedowartościowana
nie-nie wiadomo co jeszcze
Jest ból, którego nie da się przekazać, wypowiedzieć, opisać, nawet się go nie da wyśpiewać, wykrzyczeć ani wypłakać
Trochę go zawrę w słowach, trochę inni go już zawarli w piosenkach, w muzyce co za serce chwyta, troche namaluję a trochę przemilczę
Pali duszę
ale tak naprawdę to nie dzieje i nie stanie się nic
piątek, 1 lutego 2013
Alternatywne światy
Mam świat za oknem, w jakim żyją konkretni ludzie / widzę jak idą ulicami, stoją domy, pędzą ulicami autobusy, pada dziś deszcz, zachmurzenie duże i 3 stopni celsjusza...
to jest rzeczywistość?
Mam też świat w mojej głowie. Jeden? Dwa? Więcej?
W nocy pomyślałam o dwóch głównie.
Jeden jest czarny, zły. Pełzają w nim węże, jestem niepotrzebna i przestraszona, nie mam miejsca nigdzie, uciekam z kąta w kąt. Ludzie z tego świata mnie nie zauważają, mają wiele swoich spraw, pogubieni biegną. Ten świat napawa mnie lękiem i poczuciem beznadziei i bezsensu... czasem poczuciem ogromnego osamotnienia
Jest też drugi. Romantyczny. Żyją w nim wróżki, które z Kopciuszków czynią królewny. Historie kończą się happy endami. Wzdycham w nim do książąt na białych rumakach. Choć wątek trudnu się w nim pojawia jest zdecydwanie przyćmiony spektakularnymi szczęśliwymi zakończeniami, gdzie dobro zawsze zwycięża, miłość rozlewa sie wokół, ludzie mają błyszczące, jasne spojrzenia. W tym świecie mogę mieć życzenie, bym miała moje miejsce. To sen na jawie. Zdarza mi się wszystko czego bym pragnęła... tyle, że ten świat to bajka i ułuda i świadomość tego, że go wymyśliłam, że wymyślam go od dziecka, sprawia że jest jak narkotyk, który pozwala na chwilkę zapomnieć o bólu egzystencji a równocześnie czyni powroty do rzeczywistości bardziej nieznośnymi i świat zza okna odbija w krzywym zwierciadle.
Jestem rozdarta między dwoma fikcyjnymi światami w mojej głowie. Ich istnienie rodzi ból. Zmaganie się z nim go potęguje. O ironio losu! Jakież płatasz mi figle nieznośne.
Gdy próbuję uwolnić się od głowy i nie żyć w sworzonych przez nią światach tracę wszelkie punkty odniesienia. Staję u wrót nieznanego.
Co jest zatem prawdziwe?
Być tu i teraz? Rzadko mi się udaje.
Stół przy którym siedzę. Krzesło na którym siedzę. Klawiatura w którą stukam. Obok stoi kolorowa choinka choć Boże Narodzenie dawno za nami. Krople dzwonią w parapet. Dobiega szum ulicy z dala. Jest mi zimno. Bolą mnie dziś kolana i krzyż. Kobiecość rozlewa się czerwienią i gdzieś pojawia się świadomość, że brak hormonów zmienia postrzeganie.
Dopóki jestem tu, w domu, w pokoju i nie spotykam innych istot mego gatunku potrafię stworzyć sobie punkty odniesienia. Gdy wyjdę, rzeczywistość się komplikuje i zaczynam się gubić między światami... tym zza mojej szyby, tymi w głowie mojej i tymi w głowach innych.
Gdybym pozbawiona była przywileju jakim z pewnością (?) jest myślenie jakże proste byłoby moje życie.
to jest rzeczywistość?
Mam też świat w mojej głowie. Jeden? Dwa? Więcej?
W nocy pomyślałam o dwóch głównie.
Jeden jest czarny, zły. Pełzają w nim węże, jestem niepotrzebna i przestraszona, nie mam miejsca nigdzie, uciekam z kąta w kąt. Ludzie z tego świata mnie nie zauważają, mają wiele swoich spraw, pogubieni biegną. Ten świat napawa mnie lękiem i poczuciem beznadziei i bezsensu... czasem poczuciem ogromnego osamotnienia
Jest też drugi. Romantyczny. Żyją w nim wróżki, które z Kopciuszków czynią królewny. Historie kończą się happy endami. Wzdycham w nim do książąt na białych rumakach. Choć wątek trudnu się w nim pojawia jest zdecydwanie przyćmiony spektakularnymi szczęśliwymi zakończeniami, gdzie dobro zawsze zwycięża, miłość rozlewa sie wokół, ludzie mają błyszczące, jasne spojrzenia. W tym świecie mogę mieć życzenie, bym miała moje miejsce. To sen na jawie. Zdarza mi się wszystko czego bym pragnęła... tyle, że ten świat to bajka i ułuda i świadomość tego, że go wymyśliłam, że wymyślam go od dziecka, sprawia że jest jak narkotyk, który pozwala na chwilkę zapomnieć o bólu egzystencji a równocześnie czyni powroty do rzeczywistości bardziej nieznośnymi i świat zza okna odbija w krzywym zwierciadle.
Jestem rozdarta między dwoma fikcyjnymi światami w mojej głowie. Ich istnienie rodzi ból. Zmaganie się z nim go potęguje. O ironio losu! Jakież płatasz mi figle nieznośne.
Gdy próbuję uwolnić się od głowy i nie żyć w sworzonych przez nią światach tracę wszelkie punkty odniesienia. Staję u wrót nieznanego.
Co jest zatem prawdziwe?
Być tu i teraz? Rzadko mi się udaje.
Stół przy którym siedzę. Krzesło na którym siedzę. Klawiatura w którą stukam. Obok stoi kolorowa choinka choć Boże Narodzenie dawno za nami. Krople dzwonią w parapet. Dobiega szum ulicy z dala. Jest mi zimno. Bolą mnie dziś kolana i krzyż. Kobiecość rozlewa się czerwienią i gdzieś pojawia się świadomość, że brak hormonów zmienia postrzeganie.
Dopóki jestem tu, w domu, w pokoju i nie spotykam innych istot mego gatunku potrafię stworzyć sobie punkty odniesienia. Gdy wyjdę, rzeczywistość się komplikuje i zaczynam się gubić między światami... tym zza mojej szyby, tymi w głowie mojej i tymi w głowach innych.
Gdybym pozbawiona była przywileju jakim z pewnością (?) jest myślenie jakże proste byłoby moje życie.
czwartek, 31 stycznia 2013
Ostatnie spotkanie?
Jakże to żegnać kogoś bez pożegnania?
Żegnać gdy On nie wie, że Go żegnam...
a jednak nie da się inaczej
brak słów
brak sił
brak miejsca
brak czasu
to takie niestosowne
bo zbyt bliskie
On ucieka, a we mnie nie ma miejsca na uciekanie
na gonienie nie ma miejsca
na czekanie nie ma miejsca
na nic nierobienie nie ma miejsca
Świadomość własnych potrzeb mnie zaskoczyła i ... zdradziła
bo gdyby nie ona, to może nie byłoby tego pożegnania
Smutno znów. Nie umiem się żegnać i nie lubię się żegnać
cóż, gdy przychodzi pora żegnania?
Żegnać gdy On nie wie, że Go żegnam...
a jednak nie da się inaczej
brak słów
brak sił
brak miejsca
brak czasu
to takie niestosowne
bo zbyt bliskie
On ucieka, a we mnie nie ma miejsca na uciekanie
na gonienie nie ma miejsca
na czekanie nie ma miejsca
na nic nierobienie nie ma miejsca
Świadomość własnych potrzeb mnie zaskoczyła i ... zdradziła
bo gdyby nie ona, to może nie byłoby tego pożegnania
Smutno znów. Nie umiem się żegnać i nie lubię się żegnać
cóż, gdy przychodzi pora żegnania?
środa, 23 stycznia 2013
Szkoła... życia?
Dziś bal przebierańcow u dziewczyn w szkole. Szykowałyśmy się od tygodnia. Stroje wyszły piękne. Dziewczyny wstały rano bez marudzenia. Czesanie... malowanie... przebieranie... radość
Radość dopóki nie dotrłyśmy do szkoły i nie okazało się, że W. miała przynieść strój w torbie i przebierać się z dziećmi o 10. Nie byłam na zebraniu rodziców a ex potraktował informację jako naturalną i mi nie przekazał. Żadne dziecko sie nie przebrało tylko ona. Stresss. Łzy w oczach i rozdygotana broda.
We mnie też wszystko płacze. Tak strasznie mi głupio, że to miało być dla Niej radością przerodziło się w coś zupełnie odwrotnego, że to, że wyglądała ślicznie i od wielu to usłyszała na korytarzu przestało tak szybko być źródłem przyjemności, bo Ona czuła się bardzo źle. Skurczyła się w oczach.
Dzielnie to poniosła. Ciekawe jak skończy się Jej ten dzień.
Ja siedzę i płaczę i nie rozumiem siebie dlaczego tak bardzo mocno mnie to dotyka i boli
Przykro mi, że to ja ją w to wpakowałam
Radość dopóki nie dotrłyśmy do szkoły i nie okazało się, że W. miała przynieść strój w torbie i przebierać się z dziećmi o 10. Nie byłam na zebraniu rodziców a ex potraktował informację jako naturalną i mi nie przekazał. Żadne dziecko sie nie przebrało tylko ona. Stresss. Łzy w oczach i rozdygotana broda.
We mnie też wszystko płacze. Tak strasznie mi głupio, że to miało być dla Niej radością przerodziło się w coś zupełnie odwrotnego, że to, że wyglądała ślicznie i od wielu to usłyszała na korytarzu przestało tak szybko być źródłem przyjemności, bo Ona czuła się bardzo źle. Skurczyła się w oczach.
Dzielnie to poniosła. Ciekawe jak skończy się Jej ten dzień.
Ja siedzę i płaczę i nie rozumiem siebie dlaczego tak bardzo mocno mnie to dotyka i boli
Przykro mi, że to ja ją w to wpakowałam
niedziela, 20 stycznia 2013
Na bezrobociu
Życie bezrobotnego jest pełen obowiązków. Po zeszłotygodniowej wizycie, którem celem było zaistnienie w rejestrach urzędu, jutro kolejna, której cel nie jest dokładnie zdefiniowany...
Niby życie bezrobotnego powinno być pozbawione trosk, a ja nadal borykam się z gulą w żołądku, która jakoś magicznie rośnie w niedzielę popołudniu by wieczorem ściskać już za gardło... właśnie sobie uświadamiam, że szczęka mnie boli od zaciskania zebów...
zupełnie tego nie pojmuję
czyżby odzywał się we mnie pies pawłowa?
Niby życie bezrobotnego powinno być pozbawione trosk, a ja nadal borykam się z gulą w żołądku, która jakoś magicznie rośnie w niedzielę popołudniu by wieczorem ściskać już za gardło... właśnie sobie uświadamiam, że szczęka mnie boli od zaciskania zebów...
zupełnie tego nie pojmuję
czyżby odzywał się we mnie pies pawłowa?
sobota, 19 stycznia 2013
Lęk
Odkrycie, że wlasny umysł mnie niszczy jest dość przerażające, a może zwyczajnie smutne.
Wyszlam na spacer. Zima. śnieg skrzy się w świetle latarni. Cisza.
Dotąd taki obraz napełniał mnie uniesieniem. Szłam a serce we mnie rosło.
Wyszłam na spacer po całym dniu zmagania się ze sobą sądząc, że udzieli mi się magia, odżyje dzieciak, który buzię rozdziawia i czuje przyjemne łaskotanie w okolicy serca bo świat się mieni jak zaczarowany, jak z baśni.
Tymczasem dziś bliżej mi do Kaja z odłamkiem lustra w oku.
Im dalej szłam, tym mniej widziałam. Pustka.
W końcu coraz bardziej narastał niepokój, bliżej nieokreślony lęk leżący kamieniem coraz cięższym na piersi. Zeszłam na łąki. Bajkowo. A mi braknie tchu. Muszę się zatrzymywać by się nie udusić. Wokół pokój, świat śpi sobie pod białą kołderką, niebo trochę szare, trochę żółto złociste od świateł miasta. We mnie wojna. Pulsująca skroń, rozbiegany wokół wzrok, odwracam się co chwile by upewnić się, że nikt za mną nie stoi. Mój własny cień mnie prześladuje. Moje czarne myśli.
Wzięłam śnieg w dłonie. Ból je przeszył, ale duszy jakby nieco lżej.
Odcisnęłam ślady dłoni na białej ziemi. Napawam się przeszywającym kości zimnem.
Klęknęłam. Klęcząc brnę w zaspę. Padam na brzuch, czołgam się a potem klęcząc zagarniam ramionami śnieg i wyrzucam w góre by spadał na twarz przywracając mnie rzeczywistości. Znów się czołgam. Byle dalej, byle do przodu... to alegoria mojego życia, ostatnich dni, tygodni, miesięcy... nie idę...
Kiedyś z dumnie podniesioną głową, potem przygarbiona ze wzrokiem w ziemi coraz bliżej niej i bliżej... szoruję brzuchem po śniegu.
W końcu wstałam. Lęk jakby nieco osłabł, wrócił do właściwych rozmiarów. Wracam do domu. Za chwilę jednak znów dławi. Jest i nie pozwala czuć nic innego. Szczęście, że coraz bardziej doskwiera mi chłód. Przyspieszam.
Dom. Ciepła herbata. Choinka kolorowa i szpoka u jej stóp.
Tęsknię za dziecięcym zachwytem moim, za nadzieją, za wiarą, która widzi sens a nie go odbiera.
Wyszlam na spacer. Zima. śnieg skrzy się w świetle latarni. Cisza.
Dotąd taki obraz napełniał mnie uniesieniem. Szłam a serce we mnie rosło.
Wyszłam na spacer po całym dniu zmagania się ze sobą sądząc, że udzieli mi się magia, odżyje dzieciak, który buzię rozdziawia i czuje przyjemne łaskotanie w okolicy serca bo świat się mieni jak zaczarowany, jak z baśni.
Tymczasem dziś bliżej mi do Kaja z odłamkiem lustra w oku.
Im dalej szłam, tym mniej widziałam. Pustka.
W końcu coraz bardziej narastał niepokój, bliżej nieokreślony lęk leżący kamieniem coraz cięższym na piersi. Zeszłam na łąki. Bajkowo. A mi braknie tchu. Muszę się zatrzymywać by się nie udusić. Wokół pokój, świat śpi sobie pod białą kołderką, niebo trochę szare, trochę żółto złociste od świateł miasta. We mnie wojna. Pulsująca skroń, rozbiegany wokół wzrok, odwracam się co chwile by upewnić się, że nikt za mną nie stoi. Mój własny cień mnie prześladuje. Moje czarne myśli.
Wzięłam śnieg w dłonie. Ból je przeszył, ale duszy jakby nieco lżej.
Odcisnęłam ślady dłoni na białej ziemi. Napawam się przeszywającym kości zimnem.
Klęknęłam. Klęcząc brnę w zaspę. Padam na brzuch, czołgam się a potem klęcząc zagarniam ramionami śnieg i wyrzucam w góre by spadał na twarz przywracając mnie rzeczywistości. Znów się czołgam. Byle dalej, byle do przodu... to alegoria mojego życia, ostatnich dni, tygodni, miesięcy... nie idę...
Kiedyś z dumnie podniesioną głową, potem przygarbiona ze wzrokiem w ziemi coraz bliżej niej i bliżej... szoruję brzuchem po śniegu.
W końcu wstałam. Lęk jakby nieco osłabł, wrócił do właściwych rozmiarów. Wracam do domu. Za chwilę jednak znów dławi. Jest i nie pozwala czuć nic innego. Szczęście, że coraz bardziej doskwiera mi chłód. Przyspieszam.
Dom. Ciepła herbata. Choinka kolorowa i szpoka u jej stóp.
Tęsknię za dziecięcym zachwytem moim, za nadzieją, za wiarą, która widzi sens a nie go odbiera.
Powrót?
Znów mi źle bardziej niż przeciętnie na co dzień. Nie wiem z kim i jak o tym rozmawiać. Chciałabym. Bardzo. Jednocześnie stawiam przeszkody zanim jeszcze dobrze sformułuję czego bym potrzebowała od tej osoby. Jedni mają swoje rodziny, inni swoje problemy, choroby, lęki, prace...
i tak buduję w sobie przekonanie, że nie ma czasu ani miejsca na mój ból, wątpliwości, strach
bo przecież może tylko tak histeryzuję, wystarczy poczekać chwilkę, aż mi przejdzie?
jak się ulewa to płacz albo bezsenna noc
jak starcza sił to twórczość, sprzątanie, pranie, zmywanie...
Tylko coraz bardziej dopada myśl, że jestem patologicznym członkiem spoleczeństwa, który nie zarabia na własne utrzymanie i nie ma po temu sił ani pomysłów
a gdyby tak zamiast tego żywy człowiek, który siedzi obok, trzyma za rękę i po niej gładzi, głaszcze po włosach, patrzy w oczy... włóczy się w tym śniegu gdzieś tam ze mną... albo gdzieś wyciąga, przychodzi, nie daję się spławić żadnym moim głupim tekstem tylko po prostu JEST
a po policzkach płyną sobie łzy, aż w końcu jeziorko wyschnie...
Jak to się mówi i pokazuje innym, że tego naprawdę potrzebuję?
i tak buduję w sobie przekonanie, że nie ma czasu ani miejsca na mój ból, wątpliwości, strach
bo przecież może tylko tak histeryzuję, wystarczy poczekać chwilkę, aż mi przejdzie?
jak się ulewa to płacz albo bezsenna noc
jak starcza sił to twórczość, sprzątanie, pranie, zmywanie...
Tylko coraz bardziej dopada myśl, że jestem patologicznym członkiem spoleczeństwa, który nie zarabia na własne utrzymanie i nie ma po temu sił ani pomysłów
a gdyby tak zamiast tego żywy człowiek, który siedzi obok, trzyma za rękę i po niej gładzi, głaszcze po włosach, patrzy w oczy... włóczy się w tym śniegu gdzieś tam ze mną... albo gdzieś wyciąga, przychodzi, nie daję się spławić żadnym moim głupim tekstem tylko po prostu JEST
a po policzkach płyną sobie łzy, aż w końcu jeziorko wyschnie...
Jak to się mówi i pokazuje innym, że tego naprawdę potrzebuję?
niedziela, 28 października 2012
czemu nie to czego pragnę to czynię
Czekałam, aż wrócą.
Możę teraz jak wyjeżdżają na week end do Taty to nie myślę o tym obsesyjnie co tam robią tylko zajmuję się moim życiem, ale przecież czekam
przyjechały
a ja znów: ubranka poskładać, czy lekcje odrobione, ząbki umyć, bajka (tak, chwila przytulenia) a potem pofukując, pohukując kładę szybko do łóżka i wychodzę... bo jutro trzeba wcześnie wstać i wyspać się przecież trzeba
dlaczego?
dlaczego nie potrafię być blisko
dlaczego nie jestem cieplutka
tylko ostatnio jak już zasną to coraz częściej tam zaglądam i czółka całuję i patrzę i się nasycam widokiem
jaką one mamę zapamiętają na życie?
Możę teraz jak wyjeżdżają na week end do Taty to nie myślę o tym obsesyjnie co tam robią tylko zajmuję się moim życiem, ale przecież czekam
przyjechały
a ja znów: ubranka poskładać, czy lekcje odrobione, ząbki umyć, bajka (tak, chwila przytulenia) a potem pofukując, pohukując kładę szybko do łóżka i wychodzę... bo jutro trzeba wcześnie wstać i wyspać się przecież trzeba
dlaczego?
dlaczego nie potrafię być blisko
dlaczego nie jestem cieplutka
tylko ostatnio jak już zasną to coraz częściej tam zaglądam i czółka całuję i patrzę i się nasycam widokiem
jaką one mamę zapamiętają na życie?
środa, 25 lipca 2012
Umarłaś
Umarłaś Babciu
Czas się pożegnać
Takie ostatnie pożegnanie, bo rok temu, kiedy jeszcze miałaś siłę byłam u Ciebie z dziećmi ostatni raz się spotkać i razem pobyć
To takie dla nas było nienaturalne - po prostu bycie razem
To takie było nietypowe w naszej Rodzinie - przytulać się bez słów
Nikt z nas nie umiał rozmawiać o sobie
Nikt nie umiał wyrazić innym z Rodziny co czuje
Ty to zobaczyłaś późno bardzo. Pamiętasz jak mi powiedziałaś "jest mi tu źle, bo ich nie ma w domu, a jak są to są tacy chłodni, nikt mnie nie przytula"? Przytulałam ja Ciebie wtedy taką kruchutką, jak połowa Ciebie, taką inną, odmienioną chorobami, samotnością...
kiedyś Ty też nie przytulałaś
wszystko było takie zgodne z procedurami, savoir vivre, protokół dyplomatyczny
Wiesz jak bardzo chciałam Twojej bliskości?
Pamiętasz list jaki napisałam mając 13 lat, gdy pytałam Ciebie o Ciebie, o to jaka jesteś, jakie miałaś życie, co lubisz po to, byś stała się bliska... a Ty spanikowałaś, bo myślałaś, że wtedy już odkryłam wielką tajemnicę rodzinną, wielkie kłamstwo w jakim kazaliście mi żyć i nie odpisałaś
Straszny to był błąd
Teraz to pewnie wiesz
Mi trudno to wybaczyć
Trudno mi z tym, że to ja jako mała dziewczyna dobijałam się o relacje
Trudno mi, bo myślę, że niejednokrotnie w życiu to ja byłam doroślejsza niż Ty, niż moi Rodzice
Trudno mi, że nie powiedziałaś prawdy, bo czułam się jak pionek w grze, a nie osoba
Dobrze się stało i za to Ci dziękuję, że w ostatnich latach to zmieniłaś,
że się spotkałyśmy tych kilka razy i nareszcie mi o sobie opowiedziałaś
To był już Twój czas, żeby umierać
Szkoda jednak, że już Ciebie tutaj nie ma
że wielu rzeczy nie da się naprawić i zostaną takie koślawe
a może, szkoda, bo czuję, że zostałam z nimi sama
i jeśli naprawiać to samotnie przełamywać mur milczenia i chłodu
bo Ty jednak w tych ostatnich latach próbowałaś naprawiać tak jak umiałaś
Gdziekolwiek teraz jesteś żyj sobie spokojnie, odpocznij
i niech Ciebie tam przytulają ile się da, bo sama już wiesz, że bez ciepła jest tak pieruńsko trudno
Dobrych snów Babuniu
Czas się pożegnać
Takie ostatnie pożegnanie, bo rok temu, kiedy jeszcze miałaś siłę byłam u Ciebie z dziećmi ostatni raz się spotkać i razem pobyć
To takie dla nas było nienaturalne - po prostu bycie razem
To takie było nietypowe w naszej Rodzinie - przytulać się bez słów
Nikt z nas nie umiał rozmawiać o sobie
Nikt nie umiał wyrazić innym z Rodziny co czuje
Ty to zobaczyłaś późno bardzo. Pamiętasz jak mi powiedziałaś "jest mi tu źle, bo ich nie ma w domu, a jak są to są tacy chłodni, nikt mnie nie przytula"? Przytulałam ja Ciebie wtedy taką kruchutką, jak połowa Ciebie, taką inną, odmienioną chorobami, samotnością...
kiedyś Ty też nie przytulałaś
wszystko było takie zgodne z procedurami, savoir vivre, protokół dyplomatyczny
Wiesz jak bardzo chciałam Twojej bliskości?
Pamiętasz list jaki napisałam mając 13 lat, gdy pytałam Ciebie o Ciebie, o to jaka jesteś, jakie miałaś życie, co lubisz po to, byś stała się bliska... a Ty spanikowałaś, bo myślałaś, że wtedy już odkryłam wielką tajemnicę rodzinną, wielkie kłamstwo w jakim kazaliście mi żyć i nie odpisałaś
Straszny to był błąd
Teraz to pewnie wiesz
Mi trudno to wybaczyć
Trudno mi z tym, że to ja jako mała dziewczyna dobijałam się o relacje
Trudno mi, bo myślę, że niejednokrotnie w życiu to ja byłam doroślejsza niż Ty, niż moi Rodzice
Trudno mi, że nie powiedziałaś prawdy, bo czułam się jak pionek w grze, a nie osoba
Dobrze się stało i za to Ci dziękuję, że w ostatnich latach to zmieniłaś,
że się spotkałyśmy tych kilka razy i nareszcie mi o sobie opowiedziałaś
To był już Twój czas, żeby umierać
Szkoda jednak, że już Ciebie tutaj nie ma
że wielu rzeczy nie da się naprawić i zostaną takie koślawe
a może, szkoda, bo czuję, że zostałam z nimi sama
i jeśli naprawiać to samotnie przełamywać mur milczenia i chłodu
bo Ty jednak w tych ostatnich latach próbowałaś naprawiać tak jak umiałaś
Gdziekolwiek teraz jesteś żyj sobie spokojnie, odpocznij
i niech Ciebie tam przytulają ile się da, bo sama już wiesz, że bez ciepła jest tak pieruńsko trudno
Dobrych snów Babuniu
środa, 20 czerwca 2012
Potrzeba przynależności
A więc tak...
Chcę być czyjaś
Dlaczego?
bo taka niczyja to jak pies bezpański
włóczy się po ulicach, zjada resztki, ktoś go kopnie, ktoś z litości nakarmi
brudny jest
zachudzony
przestraszony
niczyj
Niech mnie ktoś przytuli
powie dobre słowo
głaśnie
ale nie taki ktoś kto przychodzi i odchodzi
jest a zaraz go nie ma
potrzebuję by ktoś był na zawsze, bezwarunkowo
i nie dlatego, że ja jestem wspaniała
tylko dlatego, że wybrał żeby mnie kochać
Chcę być czyjaś
Dlaczego?
bo taka niczyja to jak pies bezpański
włóczy się po ulicach, zjada resztki, ktoś go kopnie, ktoś z litości nakarmi
brudny jest
zachudzony
przestraszony
niczyj
Niech mnie ktoś przytuli
powie dobre słowo
głaśnie
ale nie taki ktoś kto przychodzi i odchodzi
jest a zaraz go nie ma
potrzebuję by ktoś był na zawsze, bezwarunkowo
i nie dlatego, że ja jestem wspaniała
tylko dlatego, że wybrał żeby mnie kochać
piątek, 15 czerwca 2012
Smutek
SMUTEK SMUTEK SMUTEK SMUTEK
wszechogarniający smutny smutek
niebieski
przeźroczysty jak łza
chłodny
siedzi w kąciku i chlipie
zawiniątko
a ja z nim siedzę
może jeszcze go nie przytuliłam
ale siedzimy sobie tak razem i popłakujemy
pustka
bezsilność
z nutą braku nadziei na przyszłość
SMUTEK SMUTEK SMUTEK SMUTEK
wszechogarniający smutny smutek
niebieski
przeźroczysty jak łza
chłodny
siedzi w kąciku i chlipie
zawiniątko
a ja z nim siedzę
może jeszcze go nie przytuliłam
ale siedzimy sobie tak razem i popłakujemy
pustka
bezsilność
z nutą braku nadziei na przyszłość
SMUTEK SMUTEK SMUTEK SMUTEK
piątek, 1 czerwca 2012
Kim jestem?
Gdy zapada cisza pozostaje spotkać siebie
Kim jestem?
"Puchem jesteś, puchem bądź a skrzydła ci wyrosną niebiańskie i ponad niebiańskie"
Kim jestem?
"Puchem jesteś, puchem bądź a skrzydła ci wyrosną niebiańskie i ponad niebiańskie"
czwartek, 31 maja 2012
Pożegnania
Jak żegnać się na zawsze jeśli On nie umiera?
Nawet jeśli umiera to tylko żegnam się na to życie... bo potem kto wie
A tu? nie umiera i żegna się... na zawsze
Nie potrafię się rozpłakać. Nadzieje więzną mi w gardle, choć przecież sama już jakoś tam od ponad miesiąca się żegnałam w pamiętniku. A teraz to już tak na serio. Rzeczy odesłane. Maile skasowane. Numer telefonu też...
zapada cisza martwa
most runął do rzeki?
staję się wspomnieniem
czuję jak porastam powolutku kurzem zapomnienia
gdzieś w czyjejś pamięci gasnę, blednę
przestaję być bytem, żywą kobietą
staję się myślą
westchnieniem
umieram?
Stoję wciąż oszołomiona nad pustką
Nawet jeśli umiera to tylko żegnam się na to życie... bo potem kto wie
A tu? nie umiera i żegna się... na zawsze
Nie potrafię się rozpłakać. Nadzieje więzną mi w gardle, choć przecież sama już jakoś tam od ponad miesiąca się żegnałam w pamiętniku. A teraz to już tak na serio. Rzeczy odesłane. Maile skasowane. Numer telefonu też...
zapada cisza martwa
most runął do rzeki?
staję się wspomnieniem
czuję jak porastam powolutku kurzem zapomnienia
gdzieś w czyjejś pamięci gasnę, blednę
przestaję być bytem, żywą kobietą
staję się myślą
westchnieniem
umieram?
Stoję wciąż oszołomiona nad pustką
środa, 30 maja 2012
Będę szedł, będę biegł, nie poddam się
Z kazania: jesteśmy powołani byśmy szli i owoc przynosili. Byśmy SZLI, nie stali. Pełzali, dreptali krok po kroku, nie ważne jak, szli.
Słowa te stają się moim mottem i siłą na każdy dzień. Od tygodnia? dwóch? zmagam się ze strachem, paniką, lękiem... ostatnie dni to już nawet lęk przed lękiem, panika z powodu paniki, strach przed depresją, że koło się zamknie, historia zatoczy okrąg... znów wizyta u psychiatry? znów bioxetyna? zwolnienie na miesiąc z roboty? a potem co? znów wrócę i znów zafunduję sobie kropla do kropli, kroczek za kroczkiem kolejną sytuację, w której cały ciężar świata czuję na moich ramionach bo nie potrafię stawiać na czas granic, wyrażać siebie, bronić siebie... tylko jak już pierdyknie... to wtedy się żaróweczka zapala czerwona?
Nie no, ile czasu to potrwa zanim zauważę, że mam wiele oblicz, wiele cech, że miewam jakieś zalety, że mogę się pomylić, że mogę się rozżalić i nie mieć siły tak po prostu raz na jakiś czas bez większego aj waj, żę coś umiem a czegoś innego zupełnie nie... kiedy nauczę się siebie szanować? odpoczywać? kiedy przyjmę ciepłe słowa i nie dobiją się od szybki?
hmmm gdzie były korbki od tych szybek? gdzieś powinny być...
Mam tu gdzieś swój mały kąt na tym świecie, nie muszę się rozpychać łokciami i nic nikomu udowadniać... wraz ze mną na świecie pojawił się mój kąt. I do jasnej cholery jestem Osobą, OSOBĄ a nie meblem, sprzętem do przestawiania, podziwiania, wyrzucania..
Teraz się położę. Żeby zasnąć trzeba będzie pewnie z kilka dziesiątek różańca... a może mantra jakaś... ostatnio powtarzałam "Duchu św przyjdź" aż zasnęłam... ciekawe czy mnie usłyszał? a jutro, jutro odprowadzę dzieci, pojadę na jedno spotkanie, potem na drugie i potem do szkoły patrzeć jak moja córa pierwszy raz tańczy na scenie dla mnie, dla mnie :) dla Mamy swojej. I pal sześć czy jestem cudowną matką czy kiepską. Ona dla mnie zatańczy :) a ja pewnie będę płakać...
to będzie zwykły niezwykły dzień
Amen
Słowa te stają się moim mottem i siłą na każdy dzień. Od tygodnia? dwóch? zmagam się ze strachem, paniką, lękiem... ostatnie dni to już nawet lęk przed lękiem, panika z powodu paniki, strach przed depresją, że koło się zamknie, historia zatoczy okrąg... znów wizyta u psychiatry? znów bioxetyna? zwolnienie na miesiąc z roboty? a potem co? znów wrócę i znów zafunduję sobie kropla do kropli, kroczek za kroczkiem kolejną sytuację, w której cały ciężar świata czuję na moich ramionach bo nie potrafię stawiać na czas granic, wyrażać siebie, bronić siebie... tylko jak już pierdyknie... to wtedy się żaróweczka zapala czerwona?
Nie no, ile czasu to potrwa zanim zauważę, że mam wiele oblicz, wiele cech, że miewam jakieś zalety, że mogę się pomylić, że mogę się rozżalić i nie mieć siły tak po prostu raz na jakiś czas bez większego aj waj, żę coś umiem a czegoś innego zupełnie nie... kiedy nauczę się siebie szanować? odpoczywać? kiedy przyjmę ciepłe słowa i nie dobiją się od szybki?
hmmm gdzie były korbki od tych szybek? gdzieś powinny być...
Mam tu gdzieś swój mały kąt na tym świecie, nie muszę się rozpychać łokciami i nic nikomu udowadniać... wraz ze mną na świecie pojawił się mój kąt. I do jasnej cholery jestem Osobą, OSOBĄ a nie meblem, sprzętem do przestawiania, podziwiania, wyrzucania..
Teraz się położę. Żeby zasnąć trzeba będzie pewnie z kilka dziesiątek różańca... a może mantra jakaś... ostatnio powtarzałam "Duchu św przyjdź" aż zasnęłam... ciekawe czy mnie usłyszał? a jutro, jutro odprowadzę dzieci, pojadę na jedno spotkanie, potem na drugie i potem do szkoły patrzeć jak moja córa pierwszy raz tańczy na scenie dla mnie, dla mnie :) dla Mamy swojej. I pal sześć czy jestem cudowną matką czy kiepską. Ona dla mnie zatańczy :) a ja pewnie będę płakać...
to będzie zwykły niezwykły dzień
Amen
Subskrybuj:
Posty (Atom)