Umarłaś Babciu
Czas się pożegnać
Takie ostatnie pożegnanie, bo rok temu, kiedy jeszcze miałaś siłę byłam u Ciebie z dziećmi ostatni raz się spotkać i razem pobyć
To takie dla nas było nienaturalne - po prostu bycie razem
To takie było nietypowe w naszej Rodzinie - przytulać się bez słów
Nikt z nas nie umiał rozmawiać o sobie
Nikt nie umiał wyrazić innym z Rodziny co czuje
Ty to zobaczyłaś późno bardzo. Pamiętasz jak mi powiedziałaś "jest mi tu źle, bo ich nie ma w domu, a jak są to są tacy chłodni, nikt mnie nie przytula"? Przytulałam ja Ciebie wtedy taką kruchutką, jak połowa Ciebie, taką inną, odmienioną chorobami, samotnością...
kiedyś Ty też nie przytulałaś
wszystko było takie zgodne z procedurami, savoir vivre, protokół dyplomatyczny
Wiesz jak bardzo chciałam Twojej bliskości?
Pamiętasz list jaki napisałam mając 13 lat, gdy pytałam Ciebie o Ciebie, o to jaka jesteś, jakie miałaś życie, co lubisz po to, byś stała się bliska... a Ty spanikowałaś, bo myślałaś, że wtedy już odkryłam wielką tajemnicę rodzinną, wielkie kłamstwo w jakim kazaliście mi żyć i nie odpisałaś
Straszny to był błąd
Teraz to pewnie wiesz
Mi trudno to wybaczyć
Trudno mi z tym, że to ja jako mała dziewczyna dobijałam się o relacje
Trudno mi, bo myślę, że niejednokrotnie w życiu to ja byłam doroślejsza niż Ty, niż moi Rodzice
Trudno mi, że nie powiedziałaś prawdy, bo czułam się jak pionek w grze, a nie osoba
Dobrze się stało i za to Ci dziękuję, że w ostatnich latach to zmieniłaś,
że się spotkałyśmy tych kilka razy i nareszcie mi o sobie opowiedziałaś
To był już Twój czas, żeby umierać
Szkoda jednak, że już Ciebie tutaj nie ma
że wielu rzeczy nie da się naprawić i zostaną takie koślawe
a może, szkoda, bo czuję, że zostałam z nimi sama
i jeśli naprawiać to samotnie przełamywać mur milczenia i chłodu
bo Ty jednak w tych ostatnich latach próbowałaś naprawiać tak jak umiałaś
Gdziekolwiek teraz jesteś żyj sobie spokojnie, odpocznij
i niech Ciebie tam przytulają ile się da, bo sama już wiesz, że bez ciepła jest tak pieruńsko trudno
Dobrych snów Babuniu
środa, 25 lipca 2012
środa, 20 czerwca 2012
Potrzeba przynależności
A więc tak...
Chcę być czyjaś
Dlaczego?
bo taka niczyja to jak pies bezpański
włóczy się po ulicach, zjada resztki, ktoś go kopnie, ktoś z litości nakarmi
brudny jest
zachudzony
przestraszony
niczyj
Niech mnie ktoś przytuli
powie dobre słowo
głaśnie
ale nie taki ktoś kto przychodzi i odchodzi
jest a zaraz go nie ma
potrzebuję by ktoś był na zawsze, bezwarunkowo
i nie dlatego, że ja jestem wspaniała
tylko dlatego, że wybrał żeby mnie kochać
Chcę być czyjaś
Dlaczego?
bo taka niczyja to jak pies bezpański
włóczy się po ulicach, zjada resztki, ktoś go kopnie, ktoś z litości nakarmi
brudny jest
zachudzony
przestraszony
niczyj
Niech mnie ktoś przytuli
powie dobre słowo
głaśnie
ale nie taki ktoś kto przychodzi i odchodzi
jest a zaraz go nie ma
potrzebuję by ktoś był na zawsze, bezwarunkowo
i nie dlatego, że ja jestem wspaniała
tylko dlatego, że wybrał żeby mnie kochać
piątek, 15 czerwca 2012
Smutek
SMUTEK SMUTEK SMUTEK SMUTEK
wszechogarniający smutny smutek
niebieski
przeźroczysty jak łza
chłodny
siedzi w kąciku i chlipie
zawiniątko
a ja z nim siedzę
może jeszcze go nie przytuliłam
ale siedzimy sobie tak razem i popłakujemy
pustka
bezsilność
z nutą braku nadziei na przyszłość
SMUTEK SMUTEK SMUTEK SMUTEK
wszechogarniający smutny smutek
niebieski
przeźroczysty jak łza
chłodny
siedzi w kąciku i chlipie
zawiniątko
a ja z nim siedzę
może jeszcze go nie przytuliłam
ale siedzimy sobie tak razem i popłakujemy
pustka
bezsilność
z nutą braku nadziei na przyszłość
SMUTEK SMUTEK SMUTEK SMUTEK
piątek, 1 czerwca 2012
Kim jestem?
Gdy zapada cisza pozostaje spotkać siebie
Kim jestem?
"Puchem jesteś, puchem bądź a skrzydła ci wyrosną niebiańskie i ponad niebiańskie"
Kim jestem?
"Puchem jesteś, puchem bądź a skrzydła ci wyrosną niebiańskie i ponad niebiańskie"
czwartek, 31 maja 2012
Pożegnania
Jak żegnać się na zawsze jeśli On nie umiera?
Nawet jeśli umiera to tylko żegnam się na to życie... bo potem kto wie
A tu? nie umiera i żegna się... na zawsze
Nie potrafię się rozpłakać. Nadzieje więzną mi w gardle, choć przecież sama już jakoś tam od ponad miesiąca się żegnałam w pamiętniku. A teraz to już tak na serio. Rzeczy odesłane. Maile skasowane. Numer telefonu też...
zapada cisza martwa
most runął do rzeki?
staję się wspomnieniem
czuję jak porastam powolutku kurzem zapomnienia
gdzieś w czyjejś pamięci gasnę, blednę
przestaję być bytem, żywą kobietą
staję się myślą
westchnieniem
umieram?
Stoję wciąż oszołomiona nad pustką
Nawet jeśli umiera to tylko żegnam się na to życie... bo potem kto wie
A tu? nie umiera i żegna się... na zawsze
Nie potrafię się rozpłakać. Nadzieje więzną mi w gardle, choć przecież sama już jakoś tam od ponad miesiąca się żegnałam w pamiętniku. A teraz to już tak na serio. Rzeczy odesłane. Maile skasowane. Numer telefonu też...
zapada cisza martwa
most runął do rzeki?
staję się wspomnieniem
czuję jak porastam powolutku kurzem zapomnienia
gdzieś w czyjejś pamięci gasnę, blednę
przestaję być bytem, żywą kobietą
staję się myślą
westchnieniem
umieram?
Stoję wciąż oszołomiona nad pustką
środa, 30 maja 2012
Będę szedł, będę biegł, nie poddam się
Z kazania: jesteśmy powołani byśmy szli i owoc przynosili. Byśmy SZLI, nie stali. Pełzali, dreptali krok po kroku, nie ważne jak, szli.
Słowa te stają się moim mottem i siłą na każdy dzień. Od tygodnia? dwóch? zmagam się ze strachem, paniką, lękiem... ostatnie dni to już nawet lęk przed lękiem, panika z powodu paniki, strach przed depresją, że koło się zamknie, historia zatoczy okrąg... znów wizyta u psychiatry? znów bioxetyna? zwolnienie na miesiąc z roboty? a potem co? znów wrócę i znów zafunduję sobie kropla do kropli, kroczek za kroczkiem kolejną sytuację, w której cały ciężar świata czuję na moich ramionach bo nie potrafię stawiać na czas granic, wyrażać siebie, bronić siebie... tylko jak już pierdyknie... to wtedy się żaróweczka zapala czerwona?
Nie no, ile czasu to potrwa zanim zauważę, że mam wiele oblicz, wiele cech, że miewam jakieś zalety, że mogę się pomylić, że mogę się rozżalić i nie mieć siły tak po prostu raz na jakiś czas bez większego aj waj, żę coś umiem a czegoś innego zupełnie nie... kiedy nauczę się siebie szanować? odpoczywać? kiedy przyjmę ciepłe słowa i nie dobiją się od szybki?
hmmm gdzie były korbki od tych szybek? gdzieś powinny być...
Mam tu gdzieś swój mały kąt na tym świecie, nie muszę się rozpychać łokciami i nic nikomu udowadniać... wraz ze mną na świecie pojawił się mój kąt. I do jasnej cholery jestem Osobą, OSOBĄ a nie meblem, sprzętem do przestawiania, podziwiania, wyrzucania..
Teraz się położę. Żeby zasnąć trzeba będzie pewnie z kilka dziesiątek różańca... a może mantra jakaś... ostatnio powtarzałam "Duchu św przyjdź" aż zasnęłam... ciekawe czy mnie usłyszał? a jutro, jutro odprowadzę dzieci, pojadę na jedno spotkanie, potem na drugie i potem do szkoły patrzeć jak moja córa pierwszy raz tańczy na scenie dla mnie, dla mnie :) dla Mamy swojej. I pal sześć czy jestem cudowną matką czy kiepską. Ona dla mnie zatańczy :) a ja pewnie będę płakać...
to będzie zwykły niezwykły dzień
Amen
Słowa te stają się moim mottem i siłą na każdy dzień. Od tygodnia? dwóch? zmagam się ze strachem, paniką, lękiem... ostatnie dni to już nawet lęk przed lękiem, panika z powodu paniki, strach przed depresją, że koło się zamknie, historia zatoczy okrąg... znów wizyta u psychiatry? znów bioxetyna? zwolnienie na miesiąc z roboty? a potem co? znów wrócę i znów zafunduję sobie kropla do kropli, kroczek za kroczkiem kolejną sytuację, w której cały ciężar świata czuję na moich ramionach bo nie potrafię stawiać na czas granic, wyrażać siebie, bronić siebie... tylko jak już pierdyknie... to wtedy się żaróweczka zapala czerwona?
Nie no, ile czasu to potrwa zanim zauważę, że mam wiele oblicz, wiele cech, że miewam jakieś zalety, że mogę się pomylić, że mogę się rozżalić i nie mieć siły tak po prostu raz na jakiś czas bez większego aj waj, żę coś umiem a czegoś innego zupełnie nie... kiedy nauczę się siebie szanować? odpoczywać? kiedy przyjmę ciepłe słowa i nie dobiją się od szybki?
hmmm gdzie były korbki od tych szybek? gdzieś powinny być...
Mam tu gdzieś swój mały kąt na tym świecie, nie muszę się rozpychać łokciami i nic nikomu udowadniać... wraz ze mną na świecie pojawił się mój kąt. I do jasnej cholery jestem Osobą, OSOBĄ a nie meblem, sprzętem do przestawiania, podziwiania, wyrzucania..
Teraz się położę. Żeby zasnąć trzeba będzie pewnie z kilka dziesiątek różańca... a może mantra jakaś... ostatnio powtarzałam "Duchu św przyjdź" aż zasnęłam... ciekawe czy mnie usłyszał? a jutro, jutro odprowadzę dzieci, pojadę na jedno spotkanie, potem na drugie i potem do szkoły patrzeć jak moja córa pierwszy raz tańczy na scenie dla mnie, dla mnie :) dla Mamy swojej. I pal sześć czy jestem cudowną matką czy kiepską. Ona dla mnie zatańczy :) a ja pewnie będę płakać...
to będzie zwykły niezwykły dzień
Amen
czwartek, 24 maja 2012
Strach
Boję się.
Słyszę rano budzik, albo nawet przed nim zaczynam się budzić i pierwszą rzeczą jaką stwierdzam to nieznośny ból skurczonego żołądka. Do tego drętwiejące wilgotne ręce. I skupienie wszystkich sił na tym by dobrze znana machina nie odpaliła... bo wtedy to już tylko panika
Jakoś powoli się zbieram skupiając całą uwagę na tym, by nie myśleć o przyszłości. Przyszłość zadba o siebie. Ja jestem teraz. Zrobić dziecku śniadanie. Obudzić dziecko. Zrobić sobie słodkiej herbatki na miły początek dnia. Powoli, z rozwagą, w końcu świat nie zając i życie też nie zając... i w ogóle po co się spieszyć skoro tak tego nienawidzę?
Potem wielokroć w ciągu dnia gdy chwila ciszy, gdy drobne niepowodzenie, gdy coś trudniejszego, niemiłego ten znajomy lęk powraca, obłapuje swymi oślizłymi łapskami całą mnie, znów skurczony żołądek i znów mozolne starania by maszynę zatrzymać, nie iść za tym co kojarzy się z tym właśnie skurczem, bólem...
Dziś zdarzyło mi się nieporozumienie w pracy, trudna rozmowa z klientem. Niby ktoś obcy, w ogóle mi na nim nie powinno zależeć, a jednak... boli... nie umiem żyć z nieporozumieniami... nie umiem się odciąć... wziąć głęboki oddech i robić swoje... miałam poukładać rzeczy swoje i ta jedna rozmowa odebrała mi wszystkie siły.
maile dwa napisałam w odpowiedzi na trudne, acz zwyczajne sytuacje i znów ten skurcz. Odrzucą. Zostawią. Wyśmieją. Popukają się w czoło. Moja nadwrażliwość na bodźce, na ludzkie gesty, moje czytanie między linijkami...
Boję się. Boję. Panikuję. Lękam się.
Żyje w nieustającym strachu, poczuciu zagrożenia, nieadekwatności mojej, braku miejsca dla mnie takiej. Miesza mi się co w głowie mojej a co w rzeczywistości. Co mnie tak przestrasza? Czy to już tylko włączają się powstałe lata temu mechanizmy i one od skurczu, przywołują myśli a myśli ożywiają uczucia i się spirala nakręca?
Jakże wielkiego wysiłku wymaga ode mnie zatrzymywanie machiny. Czy to syzyfowa praca?
Czy jest nadzieja? Na co? że minie? że kiedyś będzie lżej? że obudzę się bez skurczu?
Słyszę rano budzik, albo nawet przed nim zaczynam się budzić i pierwszą rzeczą jaką stwierdzam to nieznośny ból skurczonego żołądka. Do tego drętwiejące wilgotne ręce. I skupienie wszystkich sił na tym by dobrze znana machina nie odpaliła... bo wtedy to już tylko panika
Jakoś powoli się zbieram skupiając całą uwagę na tym, by nie myśleć o przyszłości. Przyszłość zadba o siebie. Ja jestem teraz. Zrobić dziecku śniadanie. Obudzić dziecko. Zrobić sobie słodkiej herbatki na miły początek dnia. Powoli, z rozwagą, w końcu świat nie zając i życie też nie zając... i w ogóle po co się spieszyć skoro tak tego nienawidzę?
Potem wielokroć w ciągu dnia gdy chwila ciszy, gdy drobne niepowodzenie, gdy coś trudniejszego, niemiłego ten znajomy lęk powraca, obłapuje swymi oślizłymi łapskami całą mnie, znów skurczony żołądek i znów mozolne starania by maszynę zatrzymać, nie iść za tym co kojarzy się z tym właśnie skurczem, bólem...
Dziś zdarzyło mi się nieporozumienie w pracy, trudna rozmowa z klientem. Niby ktoś obcy, w ogóle mi na nim nie powinno zależeć, a jednak... boli... nie umiem żyć z nieporozumieniami... nie umiem się odciąć... wziąć głęboki oddech i robić swoje... miałam poukładać rzeczy swoje i ta jedna rozmowa odebrała mi wszystkie siły.
maile dwa napisałam w odpowiedzi na trudne, acz zwyczajne sytuacje i znów ten skurcz. Odrzucą. Zostawią. Wyśmieją. Popukają się w czoło. Moja nadwrażliwość na bodźce, na ludzkie gesty, moje czytanie między linijkami...
Boję się. Boję. Panikuję. Lękam się.
Żyje w nieustającym strachu, poczuciu zagrożenia, nieadekwatności mojej, braku miejsca dla mnie takiej. Miesza mi się co w głowie mojej a co w rzeczywistości. Co mnie tak przestrasza? Czy to już tylko włączają się powstałe lata temu mechanizmy i one od skurczu, przywołują myśli a myśli ożywiają uczucia i się spirala nakręca?
Jakże wielkiego wysiłku wymaga ode mnie zatrzymywanie machiny. Czy to syzyfowa praca?
Czy jest nadzieja? Na co? że minie? że kiedyś będzie lżej? że obudzę się bez skurczu?
Subskrybuj:
Posty (Atom)